RSS
niedziela, 01 lutego 2015

      Publicznie to nie mam za wiele do powiedzenia, ostatnio wypowiadam się raczej pokątnie, i mocno prywatnie. Przeładowana jestem uczelnianą (ewentualnie ambicjonalną, ale niechętnie przyznają się do tego, że sama mogłabym sobie robić taką krzywdę) frustracją i trzymam buzię na kłódkę, co by za dużo nie powiedzieć nie w czas. 

     Siedzę kolejną dobę nad notatkami z mądrej metodycznej książki i płakać mi się chce nad losem wszystkich zmarnowanych dzieci. I to nie jest wina książki, książka jest dobra. Książka próbuje naprawić błędy wszystkich przeszłych pokoleń, ale to niemożliwe. Książka staje sie więc idyllą.

      O, ironio. Za moment będę nauczycielem, a jestem największym wrogiem współczesnej publicznej* szkoły. Pominę tu aspekt ideologiczny i oczywistą, w tym wypadku (i pewnie w każdym innym) wyższość instytucji prywatnej nad publiczną, bo to zupełnie inny punkt odniesienia, choć i nie bez znaczenia dla tych rozważań. 

      Nie ukrywajmy, zdecydowana większość rodziców nie oddaje się namysłom na temat skuteczności szkoły jako instytucji mającej na celu NAUCZANIE i WYCHOWANIE ich dziecka. Bierze się to z tempa życia współczesnego człowieka, ale i także bierności, przyzwyczajenia: wszyscy chodzili do szkoły, wariatko, chcesz przewrócić świat do góry nogami?

U mnie naturalna potrzeba poddawania pod wątpliwość wszystkich ugruntowanych zasad społecznych pozwoliła mi na bardzo szybką refleksję na temat sensu edukacji w obecnym kształcie. Ze wględu na wczesną porę nie będę roztkliwiać się nad PRZEŻYCIEM etapu sztucznego tworu, zwanego gimnazjum, właśnie, po prostu niech będzie "przeżyłam" i uznaję to za nieudany eksperyment, szkoda, że na żywych organizmach i że wciąż aktualny. 

W liceum zaczęłam się już zastanawiać, dlaczego codziennym wyjściom do szkoły towarzyszą regularne objawy fobii społecznej i dlaczego szkoła zamiast otwierać mi drzwi (wszak, edukacja miała być kluczem potęgi), zamyka mi przed nosem kolejne szanse na dokonanie niezwykłych rzeczy, na rozwój, na wiarę we własne możliwości. Dopiero mając zetknięcie z teorią dydaktyki, przejrzałam na oczy i zobaczyłam, jak daleko od niej stoi praktyka. 

Bo niby jakim prawem nauczyciel podważa moją wartość jako człowieka z powodu problemów z odrobieniem pracy domowej z matmy? Brzmi jak ponury żart? Ale chyba nie jestem w takich doświadczeniach osamotniona, każdy z nas spotkał człowieka, co to w głowie mu się nie mieści, że potencjały są RÓŻNE i predyspozycje też są RÓŻNE. I dziecko ma święte prawo do tego, by lepiej radzić sobie z czymś na rzecz czegoś, z czym radzi sobie gorzej. I ma prawo do szacunku, nawet gdy nie radzi sobie z nauką.  

Mam szczęście mieć dużo wspólnego z dziećmi w ostatnim czasie, obserwować proces przyswajania przez nich wiedzy, analizować potencjał i potrzeby młodego, rozwijającego się człowieka. Nie potrafię słowami opisać wyrazu oczu dziecka, które nerwowo główkując nad odpowiedzią na zadane pytanie, słyszy: spokojnie, jestem tu, żeby ci pomóc, nie musisz się denerwować i masz prawo się pomylić. Słowa, które są oczywiste i wynikają przecież z ministerialnych dokumentów oświatowych są dla dziecka odkryciem nowego kontynentu. Przyzwyczajone do przyłapywania na niewiedzy, do udowaniania bezużyteczności, do ośmieszania niedostatków przed grupą, przestają w siebie wierzyć, a nauka kojarzy się jedynie z przykrym obowiązkiem.

A rodzice?  
-Dzień dobry, naprawi mi Pani dziecko? Coś się popsuło.

Najczęściej psuje się silnik motywacyjny, a kluczem do przywrócenia go do życia jest:

wspaniale sobie z tym poradziłeś! jestem dumna, że o tym pamiętasz. gratuluję! jesteś świetnym chłopcem i poradzisz sobie ze wszystkim.  

Chyba napisałam tu 80% truizmów, ale pewne przemyślenia spłynęły na mnie, jak objawienie i jestem o 100% wrażliwsza na historie o dziecięcych szkolnych fobiach. 

Rodzice bądźcie mądrzy!

Dość dziecięcych ofiar, ja swoich dzieci na zmarnowanie nie dam na pewno, i w nosie mam argumenty o problemach z socjalizacją dziecka uczonego za pomocą edukacji domowej. Za taką socjalizację w szkole serdeczne Bóg Zapłać i obędzie się bez

 






*prywatną spotkałam kiedyś taką, do której dzieci mogłabym posłać bez obaw, ale to jeden, jedyny raz

21:29, falloutewka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 23 grudnia 2014

Została zaledwie godzina.
Siedzę sobie w moim beżowo-nijakim pokoju i liczę rytmiczne uderzenia kropli o szybę.
Nie ma śniegu, za to deszcz, dosłownie, zacina.
Czas na rachunek sumienia, ale u mnie jedynie rachunek strat i zysków, które mi się pałętały po głowie, a wyjdą na wierzch przy okazji Bożego Narodzenia.
W żadnym razie, nie chcę stawiać siebie w gronie laickich maruderów, ale niestety, nie jestem nauczona żadnych tradycji ani zwyczajów, i w tym sensie, ale także w wielu innych, dom mój jest okaleczony.

Siedzę sobie w moim sporym, lśniącym nowością domu, tkwiącym pośrodku pól uprawnych niczym wyrzut sumienia i staram się przetrwać ataki wściekłego wichru i naporu melancholii. 
Myślami wracam do świąt sprzed kilku lat, w moim starym i prawdziwym miejscu. Z dziurawymi ścianami, nieszczelnymi oknami, ze zgnilizną i wilgocią. To były prawdziwe święta. 

 

23:19, falloutewka
Link Dodaj komentarz »
piątek, 17 października 2014

 

     Wielki dom osadzony był  wśród zdradziecko podmokłych trzęsawisk i rysujących się z oddali lasów.
Ukoronowany gęstymi mgłami, wyglądał majestatycznie i strasznie. Siedlisko wielu tęsknot, niespełnionych marzeń i zdradzonych ideałów sytuowane było w bezpiecznej odległości od miejskiego zgiełku.
Od głównej drogi dzieliła je trzykilometrowa ścieżka wysadzana kamieniami, przejście jej pieszo oznaczało przejście drogi krzyżowej, dlatego rzadko ktokolwiek stąd wychodził pieszo.
Dom odgrodzony od cywilizacji wysokim betonowym płotem, niestety był dość ciemny. Wnętrze w większości wykończone drewnem, z pozamykanymi oknami, ze starą skrzypiącą podłogą, z wiekowymi meblami...  Surowe wnętrze rekompensował ogród.
Niezadbany, dziki, wolny, ze wszędobylską lawendą wydawał się niestrudzenie osaczać podniszczałe królestwo.
Mojej wnuczce zapach kwiatów imitował wewnętrzy spokój, tak wyobrażała sobie swoją przyszłość, gdy już będzie szczęśliwa.

-Będę wszędzie mieć kwiaty- z zapałem zapewniała swojego mężczyznę, stawając przy tym na palcach i rozkładając ramiona, jakby chciała pokazać, że jest gotowa na przyjęcie wszystkich kwiatów świata.

21:03, falloutewka
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 września 2014

Jutro długo wyczekiwany przeze mnie pierwszy dzień jesieni. 
Żegnam lato, i choć nie bez żalu, jestem pełna nadziei na nadchodzące dni.

Jest to moja, ze wszystkich najbardziej, ulubiona  pora roku.
Uważam ją za szalenie inspirującą, nie dlatego żebym znała jakoś specjalnie duży kawałek sztuki jej poświęcony, wszak "zimy" wtrącone w różne utwory znam o wiele lepiej i nie omieszkam w stosownym czasie się tym podzielić.

Myślę, że sedno sprawy tkwi w tym, że  JESIEŃ rozpatruję mniej więcej tak jak sztukę.
Jej wartość oceniam przede wszystkich na podstawie właściwości uwalniających.
Niestety, nie powiem niczego odkrywczego, sztuka to dla mnie przede wszystkim katharsis - ktoś to przeżył, poczuł, zapisał, wyraził, uwięził w uchwytnej formie, a więc oswojone nie jest już groźne, można odetchnąć z ulgą.

Tak samo jest z jesienią. Jest niesłychanie "jakaś". Barwna, złota polska jesień, czy listopadowa szaruga... jest wyrazista. A wszystkie jej sącząco-mgliste stany świetnie usprawiedliwiają deszczową pogodę emocjonalną.

We mnie ostatnio ciągle pada. 

 

 

Staffa mogłabym po nogach całować za ten tekst.
 

17:44, falloutewka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 18 września 2014
W obliczu przymusowych reminscencji zaczynam się zastanawiać, co sprawiło, że jestem na tej drodze, na której jestem.
Jak to możliwe, że wylądowałam tak daleko od miejsca, do którego planowałam dotrzeć, gdy wyruszałam w podróż po ścieżce edukacyjnej.
 
Dochodzę do wniosku, że nie mogę o to nikogo obwiniać, nie mogło być inaczej. Rozwój mojej dziecięcej osobowości można przyrównać do pięknie zaplanowanego ogrodu. Zaplanowanego tak skrupulatnie, że nie zostało już w nim ani centymetra na przypadkowy bieg zdarzeń.
Nikt nie uwzględnił jednak w tych planach niekorzystnych warunków pogodowych. Tak zamiast równiutkich rzędów tulipanów, wyrósł klomb pełen przerażającej i dzikiej roślinności. Zamiast racjonalności, zdolności logicznego myślenia, zimnej krwi i opanowania przypadkiem pojawiła się niepohamowana wyobraźnia i nieoswojona wrażliwość.
 
Ciężko pojąć dorosłemu, co dziecko potrafi w sobie wykształcić, by siebie uchronić. By wypędzić samotność, ożywia wszystkie drzewa w pobliskim parku. Nadaje imiona, wymyśla im życiowe historie. Przyjaźni się z kurami, królikami. 
I o co tyle hałasu ? 
Tak trudno zrozumieć, że wtedy wycinka starej jabłonki to nie są pielęgnacyjne czynności w podstarzałym ogrodzie, a ze szczególnym okrucieństwem morderstwo w biały dzień ? 
W tej sytuacji największe ukojenie przynieśli mi baśniopisarze. 
Jak dobrze, że nie tylko ja wiem, że można rozmawiać nie tylko z ludźmi.
Jestem na świeżo po "Cudownym i pożytecznym" (B.Bettelheim) i  tak się trochę czuję, jakbym dotarła na ląd nieodkrytej jeszcze Ameryki. 
Czytam baśnie od nowa i już wszystko rozumiem ... 

Baśnie są po to, aby dziecko mogło bać się po raz pierwszy, by skonfrontowało się z lękiem, i by na końcu uwierzyło, że nie ma sytuacji bez wyjścia, że nie wszystko jest jeszcze stracone.

 

Mamo, czytałaś mi za mało baśni.

 

16:43, falloutewka
Link Dodaj komentarz »
środa, 17 września 2014

Słucham próby dojścia Adama Struga i Stanisława Sojki do tego, co mógł mieć na myśli Leśmian. 

Leśmianowego wyśpiewywania jest więcej niż w czegokolwiek, ale większość tego, co miałam (nie)przyjemność słyszeć to tylko profanacja.

Wreszcie komuś się udało - nieszkolony głos i prosta muzyka,  tekst broni się sam.

Boże, jak mi smutno, że nie urodziłam się w czasach, gdy poezja miała jeszcze jakieś znaczenie  

19:00, falloutewka
Link Dodaj komentarz »